Patronat medialny


 


BurstonWielki Kryzys, prohibicja, nielegalne domy uciech i hazardu. Zadymione salki pięściarskie i wypełnione po brzegi stadiony. Pojedynki o przeżycie i mistrzowskie boje ringowych gladiatorów. Gangsterzy i ich podopieczni. Tajemnicze porażki, zaskakujące kariery. Wielcy promotorzy i menedżerowie. Kontrakty zawierane w eleganckich salonach i wprost przy barze podejrzanych wyszynków. Oto klimaty amerykańskiego boksu pierwszej połowy minionego wieku. Fascynujące, niekiedy dramatyczne tematy, którymi pragnę Was zainteresować w najbliższym czasie - w cyklu tygodniowym, tym razem wyjątkowo w środę, a począwszy od kolejnego tygodnia - w każdy wtorek. Dziś proponuję świetny artykuł Curta Riessa Steinama, mieszkającego od 1934 roku w Stanach Zjednoczonych niemieckiego pisarza i dziennikarza; zajmował się różnymi dziedzinami, ale w swojej reporterskiej pracy sportowej znaczną część poświęcił pięściarstwu, był korespondentem ponad dwudziestu europejskich gazet, m.in. Przeglądu Sportowego.  

Wielka walka! Obojętnie jaka. Wyprzedano stadion, wypełniona arena. Mnóstwo pieniędzy wpłynęło do kas. Gażę bokserów muszą być niezmierne. Jutro dowiemy się więcej z gazet. Prasa opisuje nie tylko każdą rundę, każde trafne uderzenie i każdy chybiony cios, ale informuje też o liczbie widzów i dochodach. Mistrz świata zarobił chyba kilkaset tysięcy dolarów. Olbrzymi pieniądz- prawda? Jest to rzeczywiście olbrzymia suma, mimo, że nie sięga połowy tego, jaką podały gazety.

Bokser musi płacić podatki. Podatki federalne i podatki państwowe. Musi płacić za trening i opłacić menedżera. Jeśli z tego, co zarobił na papierze zostanie mu na czysto jeszcze 33 procent, to jest to bardzo wiele. Rzeczywiście sporo. Tylko 33 procent? Rozumie się, że podatki zapłacić trzeba, że kosztuje trening. A menedżer? Ile jemu się dostaje? Ile...czy dobrze słyszałem?

30 procent! To jest niemożliwe! Człowiek, który po każdej rundzie wskakuje na ring, by gąbką przejechać bokserowi po twarzy, dostaje 30? Czy to słuszne? Jest sprawiedliwe. Menedżer zarabia swoje 30 %. Zarabia je w całym tego słowa znaczeniu. Za chwilę każdy to przyzna.

Do czego potrzebni menedżerowie?


W samym Nowym Jorku żyje ich kilkuset. Zaledwie kilku daje sobie jako tako rade. Reszta głoduje i przebija się z biedą i trudem przez życie. Gdyby nie było jednak tych wielu głodujących, nie znalazłoby się też tych kilku dobrze zarabiających. A gdyby zabrakło tych kilku- nie byłoby...sportu bokserskiego! Powiedzmy ściślej- przemysłu bokserskiego.

W początkach boksu menedżer nie był potrzebny. Sport rozwijał się- jak każda inna gałąź- sam za siebie, z radości, jaką dawała walka i współzawodnictwo. W tym czasie potrzebnych było tylko dwóch przeciwników, nawet niekoniecznie sędziego; nie mówiąc już o organizatorach czy menedżerach. Później sport bokserski rozwijał się coraz bardziej, stał się interesem, wielkim przedsiębiorstwem i wreszcie... przemysłem.

W epoce rozwoju boksu z chałupnictwa do przemysłu pojawiła się osoba menedżera. Najpierw w charakterze odkrywcy. Odkrywał dobrze zapowiadający się talent robotnika portowego, pracownika na farmie czy posługacza w knajpie. Odkrywał talent i opiekował się nim, był mu przyjacielem. Razem głodowali i znosili upokorzenia. Menedżer wierząc w przyszłość pupila zastawiał się, zapożyczał do czasu, w którym z talentu wykluła się prawdziwa gwiazda i zaczęły napływać pieniądze.

Dzisiaj znikł prawie zupełnie z widowni typ romantyka menedżera- odkrywcy. Dzisiaj nie jest to potrzebne. Dziś każdy dobry menedżer otrzymuje dziesiątki ofert. Boks stal się zbyt poważnym interesem, by po prostu szukać tych, którzy chcą w nim znaleźć zajęcie. Dzisiaj nie trzeba namawiać kelnera lub robotnika, by został bokserem. Wręcz przeciwnie.

Rola menedżera w dzisiejszym ruchu bokserskim da się porównać z funkcją agenta w świecie muzycznym. Podobnie jak wielki śpiewak czy wirtuoz, tak też i bokser nie ma przeważnie pojęcia o praktycznej stronie życia. I tak jest dobrze! Gdyby pięściarz zmuszony był zajmować się drobiazgami, układać kontrakty, załatwiać sobie rękawice, partnerów treningowych etc. nie miałby możności skoncentrować się na najważniejszym zadaniu tj. na walce w ringu.

Naturalnie istnieją wyjątki. Takim wielkim wyjątkiem był Gene Tunney. Wprawdzie i on miał menedżera, jednak tylko dla pozorów. W rzeczywistości sam był własnym menedżerem. Jednak Tunney nigdy nie był, w całym tego słowa znaczeniu, bokserem. Był człowiekiem, który wykalkulował, że do majątku może dojść najprędzej przez boks.

Dzień menedżera

Tunney mógł sobie wybierać menedżerów, gdyż przez swój wybór robił go tym, czym był. Ale Tunney był wyjątkiem. Regułą jest, że boksera czyni menedżer. Jak to się dzieje?

Najlepiej to zobrazujmy śledząc menedżera przy jego całodziennej pracy. Do tego celu wybieramy Burstona, najskuteczniejszego dziś menedżera Ameryki. Zajmuje się sprawami 18. znanych, wśród nich i wybitnych pięściarzy.

Wstaje o godzinie 8. rano, za godzinę jest już w swoim biurze. Znajdzie tam moc listów. Większość pochodzi od organizatorów, którzy chcą zaangażować któregoś z bokserów powierzonych jego opiece. Burston dyktuje odpowiedzi, sam sporządza oferty, telefonicznie rozmawia z organizatorami i kolegami po fachu.

O 12. rozpoczyna się wizytacja obozów treningowych Nowego Jorku. Tam przygląda się pracy swoich podopiecznych, krytykuje, udziela rad, dodaje otuchy, mruczy coś pod nosem z trenerami. Zawsze musi mieć przy sobie kilkaset dolarów lub książeczkę czekową. Jest bankierem swoich bokserów. Gdy potrzebują pieniędzy zwracają się do niego. Obecnie należności Burstona u bokserów sięgają kwoty kilku tysięcy dolarów. Do prowadzenia tych kont posiada specjalną buchalterkę.

Około 3. po południu Burston opuszcza ostatnią salę treningową. Teraz rozpoczyna się objazd poszczególnych organizatorów. Nie chodzi o zawarcie jakiegoś interesu, ale po prostu pokazaniu się. Pięć minut w Madison Square Garten, dziesięć minut u Mike Jacobsa, krótka wizyta w arenie Św. Mikołaja i... z powrotem do biura.

Teraz Burston przyjmuje wizyty swoich bokserów, przede wszystkim tych, którzy z tej czy innej przyczyny nie byli na treningu. Burston uważa bowiem, że powinien każdego dnia widzieć wszystkich swoich zawodników. W przeciwnym przypadku będą robić głupstwa lub wpadną w sidła innych menedżerów- powiada.

W biurze stawiają się również menedżerowie. Jedni oferują, drudzy chcą kupić zawodników. Burston rozpatruje propozycje różnych młodych ludzi, amatorów, którzy chcą spróbować zawodowego chleba i właśnie jego upatrzyli jako opiekuna. Otrzymuje około 40. propozycji tygodniowo i... prawie wszystkie odrzuca.

Około 6.30 znajduje się w jakiejś restauracji przy kolacji lub obiedzie- jak kto woli. Później wybiera się na zawody. Nie ma prawie dnia, by któryś z jego zawodników nie stał w ringu. Poza tym musi też obejrzeć innych bokserów, przyszłych rywali swoich zawodników.

Około 11. wraca do biura. Załatwia rozmowy telefoniczne z dziennikarzami i reporterami, którym podaje kilka nowości prosząc również o dobre słowo o własnych bokserach. O północy zaczynają się rozmowy zamiejscowe. Teraz można sobie pozwolić na pogawędki z kolegami z Chicago lub Los Angeles; taryfa jest obniżona do połowy. Około 2. w nocy wraca do domu.

Najważniejsza jest wszechstronność

Menedżer musi być dobrym biznesmenem. Człowiekiem, który potrafi doprowadzić boksera do kondycji. Musi być więc i trenerem i ojcem. Lekarzem. Prawnikiem. Bankierem. Spekulantem. Musi mieć żelazne zdrowie i umieć... nie spać. Musi posiadać cierpliwość jagnięcia i nie peszyć się przeciwnościami. A potem- wzdycha Burston- potem... na dzień przed zawodami bokser wetknie palec między drzwi samochodowe, walka zostaje odwołana i rodzina menedżera przestaje jeść.

Jeśli wszystko idzie dobrze, jeśli uda się menedżerowi wywindować boksera do wyżyn sławy, wówczas musi wszystko zostawić na boku, całkowicie skoncentrować się na imprezie. Jego życie rozwija się wówczas między obozem treningowym i miejscowością, w której ma się odbyć spotkanie, gdzie załatwia partnerów treningowych i robi reklamę. Reklamę przez 24 godziny na dobę!

Prawdziwy menedżer tylko w wyjątkowych przypadkach poświęca się całkowicie jednemu bokserowi, przeważnie posiada stajnię z większą ilością zawodników.

- By posiadać czterech walczących bokserów, trzeba trenować dwudziestu. Z moich 18. czynnych zawodników, pięciu czołowych jest w tej chwili niezdolnych do walki. Montanez ma lewą rękę w gipsie, Arnault ma kłopoty z okiem, Baby Louis identycznie. Al Davis ma dla odmiany prawą w gipsie. Jarl Johnson pojechał do Norwegii żeby dojść do siebie. Tym lepiej. Mogę więcej uwagi poświęcić moim pozostałym chłopcom.

Okazuje się, że Burston oprócz osiemnastu czynnych posiada jeszcze dwudziestkę innych, którzy znajdują się dopiero w stadium przygotowawczym. Niektórzy z nich są amatorami, których utrzymuje z własnej kieszeni, obserwując od czasu do czasu ich postępy. Jeśli rozwiną się tak, jak oczekuje, wówczas będzie ich lansować. Inni są też zawodowcami. Walczą na prowincji lub na mniejszych imprezach. Z nich Burston nie ma jeszcze żadnego zarobku, owszem- są wydatki.

- Dobry menedżer- tłumaczy Burston - powinien zawsze starać się o świeżą krew. Nie może czekać, aż jego bokser będzie skończony, w przeciwnym przypadku skona wraz z zawodnikiem.

"One man menager"

Niewielu jest menedżerów z tak wielką stajnią jak Burston. Większość to "one man menager"; posiadają tylko jednego zawodnika. Burston nie ceni ich zbytnio. Uważa, że nie można ich nawet nazwać menedżerami. Jeśli znajdą dobrego boksera, wówczas wraz z nim robią karierę, w przeciwnym przypadku pozostaną na nizinach, lub też kończą się wraz ze swoim asem.

Wielu z nich zostało już na trasie. Wielu menedżerów w Nowym Jorku jest bez pracy i głoduje. Mimo to "one man menager" są najbardziej interesującymi zjawiskami. Są to typy kute na cztery nogi, nie dające się zakrzyczeć, ani wyeliminować, ani wyrzucić za drzwi. Właśnie te postaci tworzą tak barwne i ciekawe środowisko amerykańskiego boksu. Mówimy o ludziach jak Joe Jacobs, Gould, Buckley, Pop, Forster... Z początku nie byli wcale "one man menager". Dopiero w miarę czasu rozwinęli się w tym kierunku.

Któryś z ich bokserów, Schmeling czy Braddock, Sharkey lub Mc Larnin rozwijał się szybciej i lepiej niż inni. Zostawał gwiazdą i wiele zarabiał. Pieniądz nie był jednak powodem, dla którego ci menedżerowie złączyli się na śmierć i życie z jednym bokserem, opuszczając wszystkich innych. Decydowali się na to przeważnie w czasie, gdy wcale nie było pewne, czy ich człowiek zrobi tak wielką karierę.

Było w tym coś więcej niż interes. Była w tym przyjaźń, może nawet więcej, niż przyjaźń- miłość ojcowska.  Ta miłość przemieniała się z czasem w pasję, jak np. u Goulda, który głodował za Braddocka i dałby się za niego poćwiartować.

Tego typu menedżerowie znikają z widowni wraz ze swoimi gwiazdami. Nie wracają. Czasem pojawiają się z nowymi zawodnikami. Ale to nie jest to samo. Nie posiadają już dawnej pasji, chcą tylko coś niecoś zarobić. Bokser i jego kariera nie jest dla nich rzeczą najważniejszą. Ich życie często przemienia się w tragedię. Potęguje się ona w dwójnasób z chwilą, gdy rozstanie z bokserem nastąpi... zanim osiągnął punkt kulminacyjny! A więc w przypadku, w którym sprzeniewierza się swemu menedżerowi oddając się w ręce innego opiekuna. Jest to na porządku dziennym. Takie przypadki stają się przyczyną zguby menedżera.

Jest rzeczą nie do wiary, że ci bezwzględni, zimni cynicy posiadają wrażliwość niczym młoda dziewczyna zdradzona przez ukochanego. Tracą głowę, gdy w grę wchodzi ich ulubiony bokser. Wszystko na co sobie pozwala jest dobre, nawet gdy wyrzuca ich za drzwi. Po tragicznej zdradzie naturalnie nie umierają. Żyją dalej. Nadal spotyka się ich w biurach organizatorów, w barach, restauracjach, gdzie schodzi się bokserska brać. Nadal palą swoje grube cygara. Dopiero trzeba im się dobrze przyjrzeć, by zauważyć, że koszula nie jest pierwszej białości, że już dawno ubranie nie zetknęło się z żelazkiem. Nadal prowadzą rozmowy z reporterami i niby tkwią w środowisku. Jednak w rzeczywistości nie myślą i nie mówią o niczym innym, jak tylko- o przyszłości. Ich bokser, ich wielki, niepokonany i nie wracający bokser- to jedyny temat, o którym chcą i mogą mówić. Ich serce jest złamane, zainteresowania wygasłe. I to oni są ofiarami boksu. Albo jeśli kto woli - życia! Jakby nie było: są k.o.!

Curt Riess Steinam
Opracował: Krzysztof Kraśnicki, colma1908.com
{jcomments on}