Miasto Wałcz

Patronat medialny


 

Do dzisiaj jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich pięściarzy. Chociaż nikt nie dawał mu szans na poważną karierę, zdobył zawodowe mistrzostwo Europy i walczył z Witalijem Kliczko o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. W marcu zakończył swoją przygodę z zawodowym sportem, wygrywając przez techniczny nokaut z Andrasem Csomorem. Obecnie Albert Sosnowski jest już pięściarskim emerytem i jak sam mówi, wspomina 18 lat swojej zawodowej kariery z łezką w oku.

Jak się czujesz na emeryturze, kiedy wiesz, że już nigdy nie stoczysz walki?
Albert Sosnowski: Bardzo dobrze, mam nadzieję, że będę się realizował w innych dziedzinach. Cały czas jestem aktywny, trenuję młodzież, przychodzę na salę sam, żeby się poruszać i pracuję jako komentator telewizyjny. Sądziłem, że trudniej będzie mi się w tym odnaleźć, ale miałem dwa lata przerwy od startów i trochę sobie to wszystko poukładałem.

Nie pojawia pustka związana z tym, że pewnych emocji już ponownie nie odczujesz?
Na razie jestem świeżo po walce, ale zakładam, że z upływem czasu i oglądaniem walk innych Polaków, jakaś pustka może się pojawić, potrzeba kontaktu z przeciwnikiem. Liczę jednak na to, że będę się teraz realizował w innych sprawach, a boks będzie taką rzeczą, o której będę mógł opowiadać z łezką w oku.

Nie ma takich pieniędzy, które skłoniłyby Cię do powrotu na ring?
Na pewno są, polski rynek bokserski jest dość mały, są nowe grupy, które potrzebują nazwisk na swoich galach, więc spodziewam się, że jakieś oferty mogą przychodzić. Nie ukrywam, że wcześniej nie najlepiej rozdysponowałem zarobione pieniądze, więc może być taka sytuacja, że jeszcze kibice zobaczą mnie między linami. Nie narzucam sobie jednak żadnej presji z tym związanej.

Kiedy podjąłeś decyzję, że kończysz karierę? Podczas przygotowań do marcowej walki nie czułeś się najlepiej?
Tak, tę decyzję podjąłem w trakcie przygotowań. Poczułem, że trudniej znoszę obciążenia treningowe, a zajmując się jeszcze innymi sprawami, potrzebowałem więcej czasu na regenerację. Nie były to też idealne przygotowania i walka wyszła tak, jak wyszła. Pokazałem charakter, chciałem przypomnieć kibicom, że zawsze byłem wojownikiem, ale na ten najwyższy poziom to jest za mało. Zwłaszcza, że z wiekiem moje parametry, jak refleks czy szybkość, i tak będą jeszcze spadać.

Jak to się stało, że w ogóle zostałeś zawodowym pięściarzem? To był twój pomysł czy kogoś z twojego otoczenia?
Miałem krótki epizod z boksem w Gwardii Warszawa, później poszedłem w piłkę nożną, ale potem znów wróciłem do sportów walki i pojawiłem się na treningach kick-boxingu. To była mocna sekcja na AWF-ie, prowadzona przez Jacka Urbańczyka. Od razu byłem nastawiony na profesjonalne występy. Pamiętam, jak na pierwszym treningu, na którym było 130 dużo bardziej doświadczonych ode mnie osób, stanąłem przed trenerem w dresie z napisem "Polska" i od razu chciałem być liderem. Ludzie się ze mnie śmiali, ale ja to miałem gdzieś. Wiedziałem, po co tam przyszedłem i co chcę osiągnąć. Miałem wtedy 15 lat.

Cztery lata później, bez żadnej amatorskiej walki, debiutujesz jako zawodowiec. Twoją karierę prowadził od początku Krzysztof Zbarski. Jak rozpoczęła się ta współpraca?
Może niewiele osób o tym słyszało, ale Krzysiek trenował kick-boxing i naprawdę miał do tego dryg. Był świetnie rozciągnięty, bardzo dobrze kopał. Wcześniej też podnosił ciężary i miał naprawdę dobre rezultaty. Z grupą biznesmenów wpadli na pomysł, żeby otworzyć polską grupę bokserską na wzór niemieckich i zapytali Jacka Urbańczyka, kto jego zdaniem mógłby się sprawdzić w boksie. Byłem w tej grupie, która została zarekomendowana i tak to się zaczęło.

Toczyłeś dużo walk, ciągle pokazywałeś się w telewizji, ale środowisko bokserskie długo odbierało cię dosyć chłodno. Myślisz, że to była zazdrość?
Po części pewnie tak. Byłem trochę chłopakiem znikąd. Miałem 19 lat, ciągle pokazywałem się na dużych galach i robiono ze mną wywiady. Walczyłem niemal co miesiąc i byli to naprawdę nieźli rywale jak na moje możliwości i brak przygotowania amatorskiego. Nie miałem bokserskiej przeszłości, więc nie miałem też wypracowanych wcześniej relacji ze wszystkimi.

Zanim wziąłeś się za sporty walki, podobno całkiem nieźle radziłeś sobie z szablą na macie?
Tak, to prawda. Zawsze ciągnęło mnie do sportu, a jak się za coś brałem, to chciałem być we wszystkim najlepszy. Byłem zawsze bardzo ambitny, podchodziłem do wszystkiego emocjonalnie, chciałem się popisywać i być liderem. W domu zawsze otrzymywałem duże wsparcie, mobilizowano mnie, że jestem sportowo uzdolniony i mogę w tej dziedzinie sporo osiągnąć.

To wparcie z domu najbardziej cię ukształtowało?
Na pewno, ale ogromny wpływ miał na mnie Jacek Urbańczyk, czyli mój pierwszy trener. Jeśli chodzi o nastawienie psychiczne, podejście do sportu i wiarę w siebie, to on mnie ukierunkował. Wydobył ze mnie najważniejsze cechy mentalne, zobaczył, że nie pękam, że jestem odważny i nieustępliwy. Świetnie potrafił to później przełożyć na mój styl walki.

Wspomniałeś, że niezbyt rozsądnie gospodarowałeś swoimi pieniędzmi. Był moment, że woda sodowa uderzyła ci do głowy?
Był. I trochę to trwało. Kolesiostwo, duże jak na tamten czas zarobki i poczucie, że wszystko łatwo mi przychodziło, sprawiły, że nie prowadziłem się zbyt dobrze. Czułem, że ile bym nie wydał, to i tak jeszcze te pieniądze do mnie wrócą, a ja będę zarabiał miliony. Nie słuchałem wtedy rodziców, wydawało mi się, że wszystko wiem najlepiej. Myślałem sobie, że skoro tak dobrze mi idzie, to dlaczego miałoby się zawalić?

Stoczyłeś trochę walk na wysokim poziomie. Kibice zastanawiają się, jak to się stało, że to wszystko gdzieś umknęło?
Źle zainwestowałem, moje biznesy zupełnie się nie powiodły. Mogłem zrobić z tymi pieniędzmi dużo rozsądniejsze rzeczy, lepiej nimi obracać i żyć teraz na naprawdę dobrym poziomie. Prawda jest taka, że zachłysnąłem się tymi pieniędzmi i zrobiłem bardzo złe ruchy biznesowe. Nie miałem dobrych doradców. Zaufałem niesprawdzonym osobom i teraz tego żałuję. Okazało się, że pieniądze to nie wszystko, trzeba mieć także głowę do ich wydawania.

Co byś w takim razie doradził młodym pięściarzom, żeby nie zwariowali, gdy znajdą się w podobnej sytuacji. Jaki jest złoty środek?
Złotego środka nie ma, ale niesamowicie ważna w podejmowaniu racjonalnych decyzji jest rodzina.

Czyli pięściarze powinni się wcześnie żenić?
Tak, dobrze jest mieć jakiś cel swoich inwestycji, a najlepszą inwestycją jest własna rodzina. Kiedy odkładasz na swoje dziecko, to widzisz, że te pieniądze nie uciekają. Ukierunkowujesz się na rodzinę i zaspokajanie potrzeb prywatnych i najbliższych. Wiesz, że za kogoś odpowiadasz i to powoduje, że bardziej szanujesz swoje pieniądze. Warto też mieć jakiegoś doradcę, ale to musi być osoba zaufana, która jest już sprawdzona w innych sytuacjach.

Jak wspominasz pojedynek z Witalijem Kliczko [Walka odbyła się w 2010 r. Sosnowski został znokautowany w 10. rundzie]. Jak to jest wyjść do ringu z takim "potworem"?
Kiedy przyszła oferta walki, to wyobrażałem sobie tego wielkiego Kliczkę, pojawiły się pewne rozterki. Miałem świadomość, że taka walka niesie ze sobą duże ryzyko dla mojego zdrowia. Pokusa zarobienia pieniędzy i zapisania się w historii boksu była jednak tak duża, że wszedłem w to. Przyjaciołom powiedziałem o tym na swoim przyjęciu urodzinowym. Nikt mi nie wierzył, mam to nagrane na kamerze.

W samym ringu było dużo emocji.
Przy takiej walce zawsze tak jest, boksowaliśmy na stadionie piłkarskim. Wiedziałem, z kim boksuję, ale widziałem też po zachowaniu Kliczki, że on też mnie szanuje. Już wcześniej nauczyłem się, że nie ma co robić sobie w myślach potworów ze swoich rywali. To nie pomoże, a nakręcenie się negatywne działa tylko na naszą niekorzyść. Po tej walce zrozumiałem jednak, że o sukcesie w boksie decydują umiejętności. Do pewnego poziomu wystarczy charakter i serce do walki, ale na tym najwyższym poziomie, bez odpowiednich umiejętności nie osiągniesz sukcesów.

Kliczko bił najmocniej z wszystkich twoich rywali?
Na pewno jego styl boksowania był najbardziej destrukcyjny. Kiedy zobaczył, że trafił mnie czymś mocnym, to nie napalał się, tylko spokojnie dalej robił swoje. Widział, że jego ciosy robią na mnie wrażenie, ale to jeszcze nie jest moment, żeby ruszyć do przodu pełną parą. Na pewno był w ringu niesamowicie sprytny i inteligentny. Energetycznie Kliczko mnie zniszczył i wykończył.

Do samego końca ważyły się wtedy losy transmisji telewizyjnej w Polsce.
To prawda i mam o to żal do stacji telewizyjnych, że jednak zostało to trochę schowane i mało kto ten pojedynek tak naprawdę oglądał. Miło mi było, kiedy ludzie podchodzili na ulicy i gratulowali występu, chociaż nie do końca im wierzyłem, że faktycznie mieli okazję zobaczyć walkę na żywo. Zdaję sobie sprawę, że tego pojedynku nie oglądało zbyt wiele osób i żałuję tego, zwłaszcza z perspektywy późniejszej walki z Kliczki z Tomkiem Adamkiem. Widać było, że na pojedynku ze mną Kliczko był dużo mocniej skoncentrowany, niż w pojedynku z Tomkiem, gdzie trafił go mocno w drugiej rundzie, a potem już się bawił. Można wziąć dwie taśmy, obejrzeć i zobaczyć, kto się z kim bawił. 

 

Cięższy był dla ciebie nokaut z Aleksandrem Dimitrenką?
Na pewno był bardziej destrukcyjny dla mojego organizmu. To były ostatnie sekundy walki, ja już nie miałem siły, więc walczyłem sercem. Nadziałem się na cios i padłem. Straciłem wtedy dużo zdrowia. Trafiłem do szpitala, byłem wyczerpany, wypłukany ze wszystkich elektrolitów, spędziłem w szpitalu pół nocy pod kroplówkami. Czułem wtedy, że walk na tym poziomie nie zostało mi już tak dużo. Po tej walce czasami na sparingach zaczynałem mieć zawroty głowy.

Byłeś przymierzany do kilku głośnych pojedynków w Polsce, m.in. z Tomaszem Adamkiem i Krzysztofem Włodarczykiem. Której nieodbytej walki żałujesz najmocniej?
Najbardziej żałuję walki z Adamkiem. Ona była bardzo realna do zorganizowania, ja byłem mistrzem Europy, obaj boksowaliśmy z Kliczko, to była fajna historia. Ja jestem zawodnikiem bardzo ambitnym, więc na pewno wyszedłbym z nim do ringu po wygraną. Liczyłem po cichu, że jeśli wygram z Marcinem Rekowskim, to dostanę szansę walki z Adamkiem, ale wtedy jednak Marcin pokazał mi moje miejsce w szeregu.

Jak ocenisz swoje prowadzenie na zawodowych ringach?
To co zrobił z moją karierą Krzysztof Zbarski to był majstersztyk. Poprowadził to wszystko świetnie, doprowadził mnie do kilku dużych walk, zawsze mogłem liczyć na jego wsparcie i tak jest z resztą do dzisiaj, pomimo że nie mamy już podpisanej oficjalnej umowy. To dzięki niemu promowały mnie takie grupy jak Top Rank, Star Boxing czy Matchroom.

Jak sobie radziłeś z krytyką w trakcie swojej kariery?
Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że jeśli poświęca się na coś dużo czasu oraz energii, a potem czyta na stronach internetowych same negatywne rzeczy na swój temat, to trochę to denerwuje. Wyszedłem jednak z założenia, że wszystkim się nie dogodzi i trzeba z tym żyć. Oczywiście nie można zamykać się na konstruktywną krytykę i trzeba ją przyjąć, a nawet wyciągnąć z niej wnioski, ale tzw. hetjowanie trzeba po prostu omijać.

Czym się będziesz teraz zajmował?
Bardzo chcę uczyć młodzież i przekazywać swoją wiedzę. W trakcie kariery miałem okazję zwiedzić świat i trenować z najlepszymi. Kiedy byłem w Stanach Zjednoczonych, trenowałem na jednej sali m.in. z Floydem Mayweatherem Jr, Bernardem Hopkinsem czy Zabem Judahem. Miałem obóz treningowy w Catskill, gdzie wychowywał się młody Mike Tyson. Współpracowałem z kilkoma szkoleniowcami i teraz swoją wiedzę chciałbym przekazać innym. Wszystkich chętnych do trenowania ze mną zapraszam na salę bokserską Legii na Fortach Bema. Warunki współpracy zawsze ustalam indywidualnie. A na razie cieszę się, że podobnie jak Manny Pacquiao zakończyłem karierę zwycięstwem, bo też taki był mój cel. On teraz idzie w politykę, a ja w inne rzeczy.

A ty nie myślisz o polityce? Całe życie jesteś związany z Warszawą. Nie chciałbyś rozpocząć kariery w jakiejś warszawskiej lub państwowej komisji sportowej?
Jestem otwarty na tego typu inicjatywy, lubię pomagać ludziom i udzielać się społecznie. Jeśli ktoś mnie poprosi o udział w jakiejś kampanii charytatywnej, to chętnie się zgadzam. Jestem czuły na krzywdę ludzką i jeśli ktoś by się do mnie zgłosił z konkretnym planem działań, to byłbym chętny, chociaż sam nie szukam na razie takich zajęć.