Patronat medialny


 


Za nami finałowy epizod chyba najciekawszej bokserskiej inicjatywy ostatnich lat – zorganizowanego przez amerykańską stację Showtime turnieju zawodników kategorii super średniej – Super Six. Impreza, która wystartowała w październiku 2009 roku, z biegiem miesięcy powoli wytracała grono swoich zwolenników. Faktycznie, stopniowe wycofywanie się zawodników turnieju czy też zbyt długi czas oczekiwania na wyłonienie zwycięzcy, mogły nieco zabić początkowy entuzjazm.

Pomimo tych wszystkich słusznych skądinąd zastrzeżeń, dziś, kiedy wybrzmiał już ostatni gong oznajmiający koniec tych zawodów, odczuwam satysfakcję. Ten turniej był mimo wszystko powiewem świeżego powietrza, który wdarł się do nieco zatęchłego pomieszczenia.

Weryfikacja 

Chyba największym atutem Super Six była możliwość obejrzenia kilku pojedynków czołowych pięściarzy dywizji do 168 funtów, które w dużym stopniu udzieliły nad odpowiedzi odnośnie ich faktycznych możliwości. Niby to oczywiste, ale dobrze wiemy jak trudno dziś w boksie zawodowym doprowadzić do pojedynków na samym topie danej kategorii wagowej. Najbrutalniej turniejową weryfikację przeszedł Arthur Abraham. Mający ormiańskie korzenie pięściarz jest bez wątpienia największym przegranym tych zawodów. Choć rozpoczął swój start efektownym nokautem na mającym już najlepsze lata za sobą Taylorze, to później jego wszystkie niedostaki zostały perfidnie obnażone przez Dirrela, Frocha i Warda. Boks na najwyższym poziomie zderzył się z regionalnym bohaterem i pokazał mu miejsce w szeregu.

Pomimo porażki w finale, za jednego z wygranych Super Six można absolutnie uznać Carla Frocha. Brytyjczyk choć wczoraj trochę rozczarował, to jednak dzięki całej imprezie zyskał w oczach wielu sympatyków tej dyscypliny. Przed startem turnieju wydawał się być - podobnie jak Abraham - bohaterem własnego podwórka, który nie podoła nadchodzącemu wyzwaniu. Stało się jednak odwrotnie. Froch pokazał przede wszystkim wojowniczy charakter, determinację, odporność, pozytywną nonszalancję, niezłe umiejętności i choć jego boks niepozbawiony jest wad i ograniczeń, to jednak z tej mieszanki urodził się bokser godny miana pięściarza światowej klasy.

Nieco mniej oczywiste wnioski nasuwają się w przypadku Andre Dirrela i Mikkela Kesslera. Ten pierwszy pokazał na pewno spory potencjał (nie tylko aktorski) i można z dużą dozą prawdopodobieństwa domniemywać, że w przyszłości będzie jednym z rozdających karty w tej dywizji. Niemniej te dwie walki stoczone w ramach Super Six, pozostawiły pewien niedosyt i nie udzieliły odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania. W przypadku Kesslera możemy z kolei mówić o zachowaniu pewnego status quo. Przed turniejem wiadomo było, że to bardzo dobry, waleczny pięściarz, pozbawiony jednak tego charakterystycznego błysku, muśnięcia bożego palca, decydującego o wybitności danej jednostki. Choć "Wiking” z powodu kontuzji wycofał się z turnieju w stosunkowo wczesnej fazie, to jednak to, co zdążył w nim zaprezentować, zdaje się potwierdzać tę tezę.

Narodziny gwiazdy

Drugim i niemniej ważnym sukcesem Super Six było wykreowanie nowej bokserskiej gwiazdy. Choć pewnie co poniektórzy skrzywią się słysząc te słowa, to jednak wczoraj mieliśmy do czynienia z piątą już w trakcie trwania turnieju deklasacją dokonaną przez Andre Warda na swoim rywalu. Może nie była to taka „standardowa” deklasacja, polegająca np. na fizycznym stłamszeniu i wykończeniu przeciwnika. Był to jednak występ jednego aktora, który od początku do końca panował nad wydarzeniami w ringu. Ward przypominał wczoraj wprawnego zaklinacza węży, który wprawił brytyjską "Kobrę" w trans. I choć Froch momentami desperacko miotał się i wił, nie był w stanie boleśnie ukąsić Amerykanina. To nie on dawał rytm wydarzeniom w ringu.

Narodziny nowej bokserskiej gwiazdy nie wszystkim przypadną jednak do gustu. Zwłaszcza wyznawcom religii "Łubudu”, delektujących się w nieustannych wymianach ciosów, odskakujących głowach i potokach krwi. Ward jest zaprzeczeniem takiej filozofii boksu. "Po pierwsze neutralizować poczynania rywala” - tak zdaje się brzmieć jego nadrzędna zasada. I jest w tym do bólu skuteczny. Wyróżnia go niesamowita wszechstronność: potrafi walczyć zarówno w półdystansie jak i na dystans, w pozycji klasycznej jak i odwrotnej. Świetnie dawkuje zadawane ciosy, koncentrując się przede wszystkim na ich celności, a nie ilości. Nawet faule, których się czasem dopuszcza, są bardzo sprytnie wkomponowane w całość – nie są to rażące oczy wulgarne przewinienia, a bardziej balansujące na granicy dopuszczalności zagrywki, spełniające swoje funkcje.

Nie przysparza mu to licznego grona sympatyków. Co więcej Ward jest wręcz podejrzanie nienormalnie spokojnym i ułożonym człowiekiem. Najprawdopodobniej niestety nigdy nie będzie palił banknotów studolarowych na suto zakrapianej imprezie, nie pobije swojej życiowej partnerki, nie zadepcze flagi obcego państwa, ani nigdy nie potrąci staruszki na pasach będąc pod wpływem środków uderzających. Tak więc stosunkowo nudnego dla wielu stylu walki nie wspomoże raczej kontrowersyjna osobowość.

Na szczęście - głównie z racji swojej narodowości - pomimo tych „skaz”, Ward może pozwolić sobie na komfort bycia sobą. Co prawda zapewne w jakimś stopniu kosztem wielkości honorariów, ale jednak. Największą zaletą tego sportu nie są wcale krwiożercze batalie, tylko jego różnorodność, nieprzewidywalność. A Ward, który na pewno doświadczył muśnięcia wspomnianego wcześniej bożego palca (a kto wie czy i nie całej dłoni) jest tak samo potrzebny tej dyscyplinie jak efektowny Sergio Martinez, kontrowersyjny Floyd Mayweather czy wojowniczy Juan Manuel Marquez. Jego gwiazda w przyszłości rozbłyśnie jeszcze mocniej, zwłaszcza, że na horyzoncie nie widać zbyt wielu kandydatów, którzy mogliby ją zgasić.

Opracował: Przemysław Mrzygłód