Patronat medialny


 


PZBZdobyli 43 medale, w tym osiem złotych i dziewięć srebrnych. Ostatni jednak w… Barcelonie, dwadzieścia lat temu! Mimo to, tylko lekkoatleci stawali na podium igrzysk olimpijskich więcej razy niż bokserzy. I po igrzyskach w Londynie dystans na pewno się nie zmniejszy, tego można być pewnym już teraz - pisze w cotygodniowym felietonie Kamil Wolnicki.

Mam nadzieję, że się mylę, ale potrafię sobie wyobrazić, że w zawodach w Trabzonie, na które w piątek wylecieli nasi kadrowicze, żaden z siedmiu Polaków nie wywalczy przepustki do stolicy Wielkiej Brytanii. Tych jest tylko 26, chętnych dużo, dużo więcej. Gdyby sprawdził się czarny scenariusz... sytuację najlepiej opisywałoby jedno słowo "wstyd".

W Pekinie było dwóch naszych, w Atenach o jednego więcej. Sydney to pięciu biało-czerwonych na starcie, Atlanta - czterech i dwa razy więcej w Barcelonie, gdzie na podium wszedł Wojciech Bartnik. Wyraźnie widać, że nasz boks raczej się nie rozwija. W Turcji chłopaki powalczą o honor.

Boks amatorski umiera, nie tylko w Polsce, choć u nas to wyjątkowo widoczne. Kto miał "przyjemność" oglądać ostatni turniej Stamma, ten wie, o co mi chodzi. A teraz ciekawy cytat, który ostatnio znalazłem: "Amatorski boks moim zdaniem nie nadaje się do oglądania. Z kaskami na głowach to żadne widowisko. (...) Moim zdaniem można w kasku trenować".

"Wchodząc do ringu trzeba pokazać, co się potrafi, ale trzeba też pokazać twarz, wyjść z twarzą. A jak to zrobić w kasku?" - mówił w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" przed poprzednimi igrzyskami Andrzej Gołota. O wychodzeniu z twarzą (ale i bez) wie sporo, o boksie amatorskim też, bo w końcu zdobył brąz w Seulu. Zdarza mi się często "szczypać" Andrzeja w swoich tekstach, ale tutaj wyjątkowo się z nim zgadzam, choć oczywiście problemem nie są tylko kaski.


Dzisiaj naprawdę trudno podniecać się boksem w formule olimpijskiej. Mała widowiskowość, nieprzejrzyste zasady i sędziowie, którzy punktują uderzając w te swoje "magiczne" maszynki... Pamiętam jakieś zawody w naszym kraju. Trwa walka, ja patrzę na jednego ze "sprawiedliwych", a ten majstruje coś w telefonie komórkowym. No ludzie, jaki to ma sens?

Oczywiście, boks w wersji olimpijskiej to wielka tradycja i tak dalej, tylko co z tego? Z całym ogromnym szacunkiem do sportowych osiągnięć Jerzego Kuleja (jeszcze szybszego powrotu do zdrowia panie
Jerzy!), ale nie ma sensu wspominać bez przerwy czasów papy Stamma. O tym, że "lewy prosty to polska szkoła boksu" nie chce mi się już słuchać. Kiedyś w naszej telewizji oglądałem walkę Lennoksa Lewisa i też słyszałem, że Brytyjczyk wywodzi się z tej szkoły. Zdaniem "tradycjonalistów" pewnie i Manny Pacquiao nie byłby tym, kim jest, gdyby nie "polska szkoła".

Poza tym, dzisiaj nasi działacze najczęściej marudzą, że najzdolniejsi uciekają na zawodowstwo. Kogoś oprócz nich to dziwi? Argumentem jest oczywiście to, że bez amatorów nie ma dobrych zawodowców. Dobrze, ale to niewiele zmienia. Ceniony ekspert bokserski Janusz Pindera mówił ostatnio, że w naszym boksie amatorskim potrzebna jest rewolucja. I tak był delikatny… Były wybitny bokser tłumaczył mi jakiś czas temu, zaraz po zmianie władzy, że teraz najważniejsze jest zawiązanie organizacji, która będzie pomagała dawnym czempionom, bo "tak jak teraz nie może być!". Super, ale o młodzieży nie wspominał.

Ta młodzież też zresztą bywa ciekawa. Słyszałem historię boksera, który przed ćwierćfinałową walką wielkiej imprezy zmieniał datę ślubu, bo przecież po wygranej ma zagwarantowaną premię, więc będzie
na imprezę.

Żeby być jeszcze lepszym przed walką życia poszedł skorzystać z pewnego urządzenia. Nasz pięściarz uznał, że dawka, którą zaordynował mu lekarz, czyli półtorej minuty jest dobra, ale dla mięczaków, bo on wytrzyma więcej. Efekt? Podczas walki prawie nie mógł podnieść rąk do góry, dostał lanie i wrócił do domu szukać pieniędzy na przyspieszone wesele.

Inny przed swoim starciem studiował uważnie rywala na kasetach. - Wiem o nim wszystko - mówił mi dzień przed walką. Po niej tłumaczył, że chyba pomylili kasety. A w Atenach osiem lat temu w całej hali tylko Andrzej Rżany z trenerem myśleli, że wygrywają i nasz bokser bronił przewagi.

Oczywiście żadnej przewagi nie było. Medalu też nie.

Takich historii z naszego podwórka można przytaczać jeszcze mnóstwo, ale co to da? Już chyba lepiej jednak ściskać kciuki za naszych w Turcji.

Byłoby naprawdę głupio, gdyby wśród 250 bokserów w Londynie nie było żadnego Polaka.

Kamil Wolnicki{jcomments on}