onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 

Gołota SaletaPrzed zaplanowaną na 23 lutego potyczką w Gdańsku Andrzej Gołota (41-7-1, 33 KO) i Przemysław Saleta (43-8, 21 KO) nie obrzucają się inwektywami. Dawniej nie byli tak wstrzemięźliwi. A okazji, by sobie dopiec, w przeszłości mieli kilka, bo ich pojedynek zapowiadano i... odwoływano już dwukrotnie.

Zawsze było między nami napięcie bez konkretnego powodu – powiedział niedawno Saleta w rozmowie z portalem internetowym. – Z Andrzejem znamy się od 1989 roku. Parę razy ze sobą sparowaliśmy. Nikomu wielka krzywda się nie stała, ale atmosfera była średnio ciekawa. To był okres rywalizacji boksu z kick-boxingiem. Ja wywodziłem się z kick-boxingu, więc było duże ciśnienie wywierane na Andrzeja przez trenerów, żeby mi dokopać i udowodnić, że boks jest lepszy – wspomina Saleta.

29 czerwca 2000 roku Gołota i Saleta spotkali się na konferencji prasowej we Wrocławiu. Do walki miało dojść 23 września w Hali Ludowej. – Doskonale rozumiem, że gdy ktoś patrzy na to z boku, to uważa, że Gołota jest murowanym faworytem. Ja sam postawiłbym pieniądze na... niego. Ale też widzę swoją szansę i spróbuję ją wykorzystać. Po przegranej z holenderskim murarzem Fredem Westgeestem chciałem się wycofać z boksu tylko dlatego, że myślałem, iż nikt nie zaproponuje mi ciekawego rywala – mówił Saleta.
Gołota był oszczędny w słowach. – Mój rywal umie się dobrze promować. Zobaczymy, jak będzie wyglądała walka – powiedział. Korespondent „PS" zanotował: „Widać, że Gołota nie jest zachwycony pomysłem tej walki. Znamienne jest, że mimo usilnych próśb fotoreporterów obaj nie podali sobie dłoni, a propozycję zrobienia wspólnej fotografii Gołota skwitował uśmiechem".

Dwa tygodnie po konferencji Gołota był już w USA. W wywiadzie dla „PS" mówił znacznie więcej. – Kiedy usłyszałem, że ostatnio pan Saleta miał o mnie sporo do powiedzenia, i to nic dobrego, pomyślałem, że skoro tak bardzo lubi gadać o boksie, to przekonamy się, jaki będzie rozmowny, kiedy zejdzie z ringu po walce 23 września. Jeśli zejdzie... Salety nie darzyłem sympatią, bo od dawna dochodziły mnie słuchy, że coś mu się w Gołocie nie podoba – a to jak walczy, a to jaki jest poza ringiem. Normalnie miałbym to wiadomo gdzie, ale skoro jest okazja wytłumaczenia facetowi, gdzie jest jego miejsce w szeregu, to dlaczego nie? Pewnie dlatego też zgodziłem się na przyjęcie tej walki, pomimo że wcale nie będę miał z niej kokosów. Jak podchodzi do tego Saleta i ile dostanie – zupełnie mnie nie interesuje. Mogę mu natomiast przywieźć gratis Rogaine – taki środek na porost włosów, bo tą łysiną na konferencji prasowej mnie zaskoczył. Podobno ma dla mnie jeszcze inne niespodzianki, ale jeśli jest to coś mniej interesującego, od powiedzmy, szabli, którą będzie wymachiwał na ringu, to będę zawiedziony – ironizował Gołota. Zapewniał, że do walki przygotuje się należycie. – Boks to biznes, a ja moje pieniądze traktuję bardzo poważnie i tak samo przygotuję się do tej walki jak do każdej innej. Zajmie mi to cztery, pięć tygodni w New Jersey, a do Polski przylecę nie wcześniej niż tydzień przed pojedynkiem – zapowiadał.



Na początku sierpnia pojawiły się informacje o możliwej walce Gołoty z Mikiem Tysonem. „Żelazny" miał pierwotnie walczyć 8 września z Davidem Izonem w Auburn Hills, jednak organizatorzy nie znaleźli odpowiednich funduszy. 1 września oficjalnie potwierdzono – Gołota zmierzy się z Tysonem 20 października w Detroit. Z walki przeciwko Salecie Andrew początkowo nie chciał rezygnować. – Akurat w tym przypadku walka z Saletą mi odpowiada, bo muszę przecież sparować. Wcale nie uważam, że za bardzo ryzykuję, decydując się na walkę z Saletą, bo jakbym się zastanawiał, czy z nim wygram, to jaki miałoby sens stawać przeciw Tysonowi? To śmieszne, że niektórzy mogą tak myśleć – mówił Gołota, ale od początku było jasne, że na wrześniową walkę w Polsce nie zgodzą się jego promotorzy. W pojedynku z Tysonem zrezygnował po drugiej rundzie.

W lipcu 2002 roku życiowy sukces w boksie osiągnął Saleta. Po wygranej z Luanem Krasniqim w Dortmundzie założył pas mistrza Europy. Szacunku Gołoty nie zdobył. W lutym 2004 roku Andrew przyleciał do Polski, wezwany na rozprawę za pobicie pasażera taksówki w Sopocie. Do incydentu miało dojść półtora roku wcześniej. 7 lutego na okładce „PS" znalazła się twarz pięściarza z nagłówkiem „Gołota szydzi". W restauracji Mała Serbia w centrum Warszawy spotkał się z naszymi dziennikarzami. – Jak to się stało, że ten cały Saleta jest taki popularny? Wytłumaczcie mi to. Z murarzami przecież przegrywa. A ja co, miałbym mu kielnię z ręki wyrywać? Jakoś tak dziwnie... Saleta to raczej taki bawidamek. W tym jest lepszy, bo w boksie to nie za bardzo mu idzie. Ale wiecie, w reklamie może ma szansę – opowiadał Gołota. – Ile rund potrwałaby ta walka? Nie, no, dajcie spokój. To nieporozumienie by było. Nie można też tak mówić, że jeden cios by starczył, nie można tak tego sformułować. Chociaż... No dobra, jak on tak bardzo chce, to w każdym miejscu mogę z nim boksować. Czy to na ringu, czy na plaży – mówił pięściarz. – A gdyby tak teraz wszedł do Małej Serbii, to byś go pobił? – padło pytanie. – Bardzo możliwe. Chociaż teraz sprawę w sądzie mam, to może musiałbym go oszczędzić – skwitował, w tym samym wywiadzie nie zostawiając też suchej nitki na Dariuszu Michalczewskim.


W kwietniu 2004 roku Gołota stoczył swoją drugą walkę o mistrzostwo świata, remisując z Chrisem Byrdem. Bliski szczęścia był też siedem miesięcy później, ale nieznacznie przegrał na punkty z Johnem Ruizem. Czwarta próba skończyła się już kolejną spektakularną klęską. Walka z Lamonem Brewsterem z 21 maja 2005 roku nie potrwała nawet minuty. Wydawało się, że to koniec Gołoty, ale już 7 czerwca poinformowano, że następną walkę stoczy... z Saletą. Miało do niej dojść 13 sierpnia w Chicago. – Przewidywałem taki scenariusz. Najpierw to, że Andrzej przegra z Brewsterem, a gdy nie skończył kariery, sądziłem, że możemy się spotkać. Oczywiście nie mogę przewidzieć, jak będzie wyglądało nasze starcie, bo w pojedynkach Andrzeja każdy scenariusz jest możliwy. Na plus i na minus, ale mam nadzieję, że wygram. Inaczej nie podjąłbym takiej decyzji – mówił Saleta. Przygotowania rozpoczął w Zakopanem, do sztabu szkoleniowego włączając m.in. Jerzego Kuleja.

Dziewiętnastego lipca w Chicago doszło do konferencji prasowej z udziałem obu pięściarzy. Gołota i Saleta ze sobą nie rozmawiali. Jak stwierdził Ziggy Rozalski, menedżer tego pierwszego, „nie mieli o czym". – Czułem niedosyt po walce z Brewsterem. 53 sekundy pojedynku to nie wszystko, na co mnie stać. Nie chcę odchodzić od tego sportu w taki sposób. A nokaut? Nokauty są częścią boksu – powiedział Gołota. Odważniejszy w zapowiedziach był jego rywal. – Chciałem udowodnić, że jestem od niego lepszy i równie dobry jak wielu innych pięściarzy na świecie. On po prostu miał lepszych promotorów. Zrobię z nim to samo, co uczynił Lamon Brewster – zapewniał Saleta. Na 12 dni przed terminem okazało się, że z walki nici. Według oficjalnej wersji Gołocie na sparingu w wyniku przyjęcia mocnego ciosu pękł kask, rozdzierając prawy łuk brwiowy. Pięściarzowi założono
11 szwów wewnętrznych i 12 na zewnątrz. Saleta nie zostawił na przeciwniku suchej nitki.


– Przewidywałem scenariusz tego typu. Jestem zawiedziony. Wiedziałem, że nie jest to ten sam Gołota z walk z Riddickiem Bowe'em, w których pokazał charakter, i obawiałem się, że się wycofa. Szkoda. Ta sprawa z tak potwornie rozciętym łukiem brwiowym może być wielkim blefem. Pretekstem do tego, by uciec z ringu. Już trzy, cztery tygodnie temu mówiłem Donowi Kingowi, że może zaistnieć taka sytuacja – grzmiał Saleta. Ostatecznie w zastępstwie znaleziono mu byłego mistrza świata Olivera McCalla. Polak radził sobie nieźle, ale w czwartej rundzie dały o sobie znać braki w obronie i mało odporna na ciosy szczęka. Amerykanin wygrał przez TKO. – Myślę, że nasz pojedynek nigdy się nie odbędzie, ale życie toczy się dalej – mówił Saleta osiem lat temu.

Obaj bokserzy mieli po 37 lat i już wtedy wydawali się mocno zaawansowani wiekowo.
Przed pojedynkiem w Ergo Arenie Gołota i Saleta nie wyglądają na przyjaciół, ale i wielkich uszczypliwości z którejś ze stron trudno się doszukać. Czyżby to czas i bogate, często nieciekawe doświadczenia, nauczyły ich pokory?

Osiemnastego września 1999 roku Gołota był gościem specjalnym na otwarciu kanału Wizja Sport, które miało miejsce w warszawskim hotelu Marriott. Pięściarz przygotowywał się właśnie do bardzo ważnej potyczki z Michaelem Grantem, ale już wcześniej mówiło się o ewentualnym starciu z Saletą. – Ja osobiście uważam, że byłoby to nieporozumienie. Jeżeli sam zainteresowany chce walczyć ze mną, to nie ma problemu. Jestem w każdej chwili dostępny i się nie chowam – odpowiedział Gołota na pytanie Przemysława Babiarza. Na tamten wieczór w programie Wizji Sport przewidziano transmisję walki Salety. W Gdańsku niespodziewanie znokautował go Fred Westgeest, którego polscy kibice zapamiętali jako holenderskiego murarza. {jcomments on}