Patronat medialny


 


- Chcę wygrać najbliższą walkę, potem kolejną, nic więcej - mówi Izuagbe Ugonoh (17-1, 14 KO), który 25 maja na gali na PGE Narodowym skrzyżuje rękawice z Fredem Kassim (18-7-1, 10 KO). Pojedynek będzie jedną z głównych atrakcji Narodowej Gali Boksu. 

Kiedyś marzył pan o mistrzostwie świata. Zweryfikował pan już plany?
Izu Ugonoh: Sporo się zmieniło, dużo się dowiedziałem, zrozumiałem lepiej rynek, grę. Nabrałem doświadczenia sportowego, ale także życiowego. Marzeń nie zmieniam, ale inaczej układam swoje cele. Nie mówię wzniośle o tym, że jestem w stanie zostać mistrzem świata, nie przewiduję, że stanie się to za chwilę. Chcę wygrać najbliższą walkę, potem kolejną, nic więcej. Mam tylko wpływ na swoje przygotowanie, więc na tym się skupiam. Jeśli uda mi się utrzymać koncentrację, będą kolejne, większe szanse.

Żałuje pan, że do poprzednich walk przygotowywał się pan w Las Vegas?
Decyzja o wyjeździe do Stanów nie była trudna, mogłem jechać gdziekolwiek, bo wiedziałem, że wszędzie sobie poradzę. W Vegas żyłem jak w trwającym bez przerwy obozie treningowym. Przygotowywałem się trochę jak Mike Tyson z Cusem D’Amato, między mną a trenerem także nawiązała się specyficzna relacja - wyglądało to trochę, jak między ojcem a synem. Oczywiście wyjechałem z Polski jako dorosły facet, ale mieszkałem z Barrym w jego domu, jego żona nam gotowała. Tworzyliśmy rodzinę. Dysfunkcyjną, ale rodzinę. To nie jest coś, co da się zauważyć przez kilka dni, takie relacje budują się długimi miesiącami, mieszają się cechy charakteru, jeden dostosowuje się do drugiego. Przede mną był tam jednak Joseph Parker, to ja dołączyłem do drużyny i musiałem pójść na wiele ustępstw. Myślałem jednak wtedy tylko o tym, co mogę zyskać i była to cena, jaką godziłem się płacić.

Barry był surowym ojcem?
Tak. Jeśli miałbym iść na wojnę, wolałbym, żeby Kevin był po mojej stronie. Nie powinno się tak mówić o kimś, kogo się lubi i szanuje, ale Barry to jednak kawał skurczybyka i dokładał wszelkich starań, żeby ludzie tak o nim myśleli. Niesamowicie zorganizowany, dobry strategicznie tytan pracy i tego samego wymagał ode mnie.

Pan był potrzebny Parkerowi czy Parker panu?
Ja Parkerowi (to wybitny pięściarz, przegrał niedawno walkę o mistrzostwo świata z Anthonym Joshuą - przyp. red.). Oczywiście wiele na tym skorzystałem, mówi się "iron sharpens iron" - żelazo wyostrza żelazo. Samo przebywanie w tamtych warunkach, rygor treningów i oczekiwanie najlepszego wyniku sportowego, to było coś, do czego dążyłem. Pracowałem ciężko, bardzo ciężko, czasami za ciężko. Miałem przed oczami tylko cel, byłem nim zaślepiony. Dopiero teraz jestem w stanie przeanalizować swoją drogę. Wiem, że Barry zdecydował się mnie wziąć do teamu, bo wiedział, że jestem w stanie pokonać Parkera.

Pełna treść artykułu na sportowefakty.wp.pl >>