Patronat medialny


 


- Niech Bóg błogosławi Sulęckiego. Mam nadzieję, że spokojnie zejdzie z ringu, szczęśliwie wróci do rodziny i po walce będzie spędzał z nią czas. Bo w Providence przy zadawaniu ciosów nie zamierzam zwalniać ręki - mówi "Przeglądowi Sportowemu" Demetrius Andrade, mistrz świata WBO wagi średniej.

Czy walka z Maciejem Sulęckim, która odbędzie się 29 czerwca w Providence, może okazać się dla pana najtrudniejszym wyzwaniem od października 2018 roku, gdy sięgnął pan po tytuł mistrza świata WBO wagi średniej (72,6 kg)? Do tej pory wygrał pan dwa pojedynki o ten pas.
Demetrius Andrade: Nie, wcale tak nie uważam. Muszę znaleźć się z Sulęckim sam na sam między linami, aby ocenić, czy dobry z niego zawodnik. Na razie spokojnie szykuję się do walki w Delray Beach na Florydzie.

Siedział pan przy ringu 15 marca w Filadelfii, gdzie polski pięściarz kładł na deski występującego przed własną widownią Gabriela Rosado i wygrał z nim na punkty.
Zarówno Sulęcki, jak i Rosado pokazali się wtedy z korzystnej strony. Obaj robili swoje, a zwycięski okazał się wasz zawodnik. Dla mnie nie ma znaczenia, jak dobrze mój przeciwnik wygląda w ringu, gdy walczy z kimś innym. To przecież nie oznacza, że tak łatwo będzie sobie radził ze mną. Nie mogę więc powiedzieć, że Sulęcki mi czymś zaimponował.

Która z broni Macieja może być dla pana niebezpieczna?
Nie uważam go za szczególnie groźnego zawodnika. Co w nim takiego niebezpiecznego? Jak mówiłem, dopiero w ringu sprawdzę, czy rzeczywiście ma jakąś broń. Na razie wiem tyle, że w poprzednich walkach padał na deski. Podnosił się, bo widocznie nie był aż tak bardzo zraniony, co nie zmienia faktu, że rywale go przewracali. I nie bardzo rozumiem, dlaczego to miałoby go czynić niebezpiecznym.

Pełna treść artykułu w "Przeglądzie Sportowym" >>