onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 

Paweł Głażewski nie będzie mile wspominał Świętego Mikołaja w Oldenburgu. Jego walka o tytuł mistrza świata organizacji WBA w wadze półciężkiej z Juergenem Braehmerem trwała zaledwie 43 sekundy. Dokładnie tyle potrzebował bowiem niemiecki pięściarz, by lewym hakiem na wątrobę znokautować „Głaza”.

Taki cios, to firmowe uderzenie każdego mańkuta. Braehmer walczy przecież z odwrotnej pozycji i Głażewski na takie akcje powinien być doskonale przygotowany. A zachował się jak uczestnik "Pierwszego Kroku", zawodów dla tych, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z tą dyscypliną sportu.

Niestety trudno znaleźć argumenty na obronę pięściarza z Białegostoku. W ringu wyglądał jak sparaliżowany, po pierwszym ciosie Braehmera uległ panice i zapomniał wszystkiego czego się nauczył przez te wszystkie lata, które poświęcił na treningi bokserskie.

Juergen Braehmer szybko się zorientował z kim ma do czynienia i nie zamierzał przedłużać zabawy, bezlitośnie przy tym obnażając "Głaza". To niestety kolejny przypadek w polskim boksie, gdy przeciętny pięściarz dostaje zbyt szybko szansę walki o znaczący tytuł i rzucony na głęboko wodę topi się, bo nie potrafi pływać.

Pełny tekst Janusza Pindery na Polsatsport.pl >>