onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 

Rafał JackiewiczGdy w 2002 roku pchnięty nożem w serce Rafał Jackiewicz (36-8-1, 18 KO) wracał do zdrowia na oddziale intensywnej opieki medycznej szpitala w Mińsku Mazowieckim, lekarze twierdzili, że nie ma żadnych szans, by kiedykolwiek wrócił do wyczynowego uprawiania sportu. Dziś jest oficjalnym pretendentem do tytułu bokserskiego mistrza świata wagi półśredniej prestiżowej federacji IBF, a o tragicznym wypadku sprzed ośmiu lat przypominają mu już tylko imprezy z okazji "rocznicy śmierci" - kolejną wyprawił trzy miesiące temu, 8 czerwca.

- Rafał już dziś zmierzysz się z Dejanem Zaveckiem w walce o tytuł zawodowego mistrza świata w boksie, jednak twoja przygoda ze sportami walki nie rozpoczęła się od boksu...
Rafał Jackiewicz:
Zgadza się , zaczynałem już w przedszkolu i nie żartuję [śmiech]... podstawiałem nogi innym dzieciom, zawsze byłem takim zbójem, że musiałem kogoś uderzyć popchnąć, cokolwiek... W szkole też zawsze było tak, że jak się coś działo, to od razu winny był Jackiewicz.

- A tak bardziej oficjalnie, kiedy zacząłeś trenować?
RJ:
Gdy w połowie szóstej klasy przeprowadziłem się z Mińska Mazowieckiego do Kołbieli. Tam zacząłem trenować kickboxing. Tam wszystko się zaczęło i mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie tamta przeprowadzka, nie byłbym dziś tu, gdzie jestem. Potem w zawodówce zapisałem się na treningi do ciotecznego brata Marka Piotrowskiego – Mirosława Kaczorka. Trenowałem też ostro na sobotnich dyskotekach...

- Na dyskotekach?
RJ:
Dokładnie. W tamtych czasach tak naprawdę cały tydzień trenowałem tylko po to, by w sobotę walczyć na dyskotekach. I muszę powiedzieć, że odnosiłem sukcesy... Uwierz mi, ja całe pięć dni ćwiczyłem, biegałem, rozciągałem się, tylko po to, by w weekend iść na zabawę i się bić. Tak naprawdę prawie nigdy w życiu nie byłem na zabawie tylko po to, żeby się pobawić. Jak ten jeden jedyny raz zaprosiłem dziewczynę na zabawę, to wytrzymałem z nią do 23-ej, a potem już chłopaki zaczęli mnie wołać do jakiejś awantury i zostawiłem ją.

- Naprawdę jeździłeś na dyskoteki tylko po to, by się bić?
RJ:
Tak, kręciło mnie to, uważany byłem za eksperta od solówek. Ale nie musiałem specjalnie szukać zaczepki, bo byłem takim szczurkiem,  ważącym 62 kilo i więksi ode mnie kozacy z chęcią do mnie startowali, sądząc, że łatwo im ze mną pójdzie.

- Co to znaczy, że byłeś ekspertem od solówek?
RJ:
To znaczy, że jak była jakaś zadyma, to zawsze mnie wystawiali na solo. Powiem szczerze, że zawsze wygrywałem. Zaznaczam jednak, że zawsze biłem się z większymi, im większy to był kozak, tym lepiej było dla mnie, bo zyskiwałem większy szacunek - takie miałem podejście. Nigdy nie biłem słabszych albo mniejszych ode mnie. Muszę przyznać, że te zadymy wyrobiły mi charakter i psychikę. W ringu nigdy się nie boję, nikogo. To znaczy jakaś tam obawa zawsze była i jest - że można nadziać się na większego kozaka i dostać po głowie - ale mnie strach zawsze motywował.

- Kiedyś na dyskotece w końcu nadziałeś się jednak na „większego kozaka” i mało nie straciłeś życia...
RJ:
Większy kozak to raczej nie był, ale faktem jest, że gdyby nie szczęśliwe zrządzenie losu, nie rozmawialibyśmy teraz.

- Jak do tego doszło, w prasie pojawiały się różne wersje tej historii...
RJ:
Był 8 czerwca 2002 roku - dobrze znam tę datę, bo co roku obchodzę ją jako rocznicę swojej śmierci. To była impreza z okazji pierwszych urodzin mojego syna Jacka. Po imprezie odwieźliśmy synka i wybraliśmy się na dyskotekę w Mińsku Mazowieckim. Na szczęście dyskoteka była położona zaledwie kilometr od szpitala – jak się potem okazało, tylko dlatego nadal żyję. Gdy nad ranem wyszedłem z dyskoteki, zaczepił mnie jakiś koleś. Prosił się o lanie, więc dostał trzy bomby, przewrócił się i wydawało mi się, że mam już go z głowy. Jakiś czas później wracałem tą samą drogą, a on tam dalej stał i szukał zaczepki. Sprzedałem mu kopa, żeby już się uspokoił. Jak się przewrócił, byłem pewny, że już jest po wszystkim i wypaliłem: "Gościu! Chyba źle trafiłeś, co?" Niestety okazało się, że to ja źle trafiłem. W jego ręku ujrzałem nóż. Powiedziałem: "Wyrzuć go, bo zaraz znów dostaniesz". On zadał cios. Nie wiem, jak wygląda zderzenie z ciężarówką, ale czułem się wtedy, jakby wpadła na mnie ciężarówka. Podniosłem koszulkę i zobaczyłem, że mam dosłownie dziurę w brzuchu. On krzyknął, że mnie zabije i rzucił się znów na mnie. Dałem radę przebiec jeszcze 100 metrów i upadłem na ziemię, tracąc przytomność. Pamiętam jeszcze moment, gdy nieśli mnie do samochodu - miałem wtedy wrażenie, że frunę, unoszę się nad ziemią. Ocknąłem się w szpitalu, jak wyjmowano mi  z ust rurkę od respiratora. Usłyszałem wtedy, że straciłem tyle krwi, że od śmierci dzieliły mnie dwie minuty. Miałem przebitą prawą komorę serca i osierdzie. Życie uratowała mi szybka operacja...

- Podobno lekarze stwierdzili wówczas, że nie wrócisz już na ring...
RJ:
Tak, powiedzieli mi, że już nigdy w życiu nie będę mógł uprawiać sportu na poważnie, że taka operacja to jest tak, jakbym przeżył zawał. Odparłem, że za tydzień mam walkę [śmiech]. Oczywiście na walkę nie zdążyłem, ale po 10 dniach wyszedłem już ze szpitala, po 20 jeździłem  samochodem, a po miesiącu wróciłem na salę treningową. Wypadek z nożem miałem w czerwcu, a w połowie grudnia zająłem drugie miejsce na mistrzostwach Polski, według mnie niesłusznie tylko drugie, bo nie powinienem przegrać finału. Ale i tak się cieszyłem, bo pół roku wcześniej byłem już praktycznie martwy. W lutym następnego roku trafiłem do boksu zawodowego. Zadebiutowałem w swoje 24. urodziny.

- Dlaczego zdecydowałeś się na boks  i jakie wiązałeś nadzieje ze swoją karierą pięściarską?
RJ:
Marzenie miałem wtedy tylko jedno - chciałem walczyć, bo walkę mam we krwi, a któregoś dnia zdobyć pas mistrzowski, nawet najmniej ważnej federacji. Nie wyobrażałem sobie nawet tego, że kiedyś mógłbym boksować 10 lub 12 rund.  Ja żyłem wtedy z dnia na dzień, a boks dawał mi pieniądze na życie. Nie interesowało mnie w tym momencie, z kim i gdzie walczę, chciałem tylko wiedzieć za ile. Mistrzostwo świata czy Europy? Nawet o tym nie śniłem. Pamiętam, że pierwsze sparingi w boksie toczyłem na bosaka, bo tak mi, jako kickbokserowi, było wygodniej. W pierwszej walce, po otrzymaniu pierwszej kombinacji ciosów od prawdziwego boksera, pomyślałem "Cholera! Ale on mocno bije". Ale jakoś się pozbierałem, wygrałem na punkty i potem już jakoś poszło.  

- Boks to nie jest łatwy sport, a miałeś taki okres w karierze, że poniosłeś kilka porażek, nie zawsze z resztą zasłużenie . Zdarzały się chwile zwątpienia?
RJ:
Nigdy, naprawdę nigdy, ani na chwilę nie zwątpiłem w siebie. Nie jestem człowiekiem, który się łatwo załamuje, mam cholernie dużo wiary w to, co robię,

- A był taki czas, na przykład po zdobyciu mistrzostwa Europy, że pomyślałeś sobie, że jako bokser jesteś już spełniony, że osiągnąłeś maksimum tego, co mogłeś osiągnąć?
RJ:
Zdecydowanie nie! Nie jestem człowiekiem pazernym, nie jestem też zarozumiały, ale jak coś można wziąć to ja to biorę, a tak się składało, że z czasem pojawiały się w moim życiu kolejne okazje, eliminator IBF, a teraz czekam na walkę o mistrzostwo świata. Wiesz, ja nie jestem zwolennikiem teorii w rodzaju "jak spaść z konia to z wysokiego, a jak kraść to miliony". Ja czerpię z życia małymi łyżeczkami, ale systematycznie, kroczek po kroczku, cały czas do przodu. Gdybym chciał brać garściami, był niecierpliwy, to pewnie dawno by mnie zastrzelili albo dostałbym dożywocie. Do przodu powoli, ale nie kosztem przyjaciół, dobrych ludzi - taka jest moja dewiza.

- Osoby, które cię znają bliżej, twierdzą, że widzisz świat na czarno i biało – że nie dostrzegasz szarości, albo coś dla ciebie jest jednoznacznie dobre albo coś jest jednoznacznie złe.
RJ:
Słuchaj, ja mam proste podejście do życia, mam jasne i wyrobione zdanie na pewne sytuacje i rzeczy, a jak mam swoje zdanie, nikt nie wytłumaczy mi, że jest inaczej. Chociaż przyznam szczerze, że z wiekiem zaczynam dostrzegać, że czasem wypada pójść na małe ustępstwa.

- Znany jesteś ze swojej bezkompromisowości i tego, że zawsze szczerze mówisz, co myślisz.
RJ:
Jestem taki, że jeśli coś we mnie siedzi, to muszę o tym powiedzieć, wyrzucić wszystko z siebie, bo kiszenie w sobie złych emocji może w końcu doprowadzić do jakiegoś niekontrolowanego wybuchu. Dlatego jeśli coś mi leży na sercu, zawsze to powiem.

- Lepsza gorzka prawda niż słodkie kłamstwa?
RJ:
Zdecydowanie tak!

- Po walce z Dejanem Zaveckiem w 2008 roku ostro wypowiedziałeś się na temat części kibiców, którzy twierdzili, że powinieneś przegrać tamtą walkę...
RJ:
Dokładnie rzecz ujmując, nie chodziło mi o kibiców, ale o tych głupków, którzy tylko czekają twoje potknięcia, żeby wyładować swoje frustracje. Najgorsze jest to, że duża część tych idiotów nie ma bladego pojęcia o boksie i nie zdają sobie sprawy, jak ich pseudokrytyka w nas – zawodników - uderza i nie chodzi mi już tylko o mnie, bo ja nie daję sobie w kasze dmuchać i odpowiadam, ale są chłopaki, którzy chcą być mili i te wszystkie krytyczne opinie w stosunku do nich bolą szczególnie. Oni są zawsze dla kibiców mili, liczą na ich wsparcie, a ze strony niektórych dostają tylko wyzwiska i idiotyczną bezpodstawną krytykę.

- A ty liczysz na wsparcie kibiców?
RJ:
Ja całe życie walczyłem dla kibiców i takie mnie spotkało podziękowanie po walce z Zaveckiem... Dlatego teraz mam to gdzieś  i walczę dla siebie, rodziny i swoich - prawdziwych - kibiców.

- Jaki to jest "prawdziwy" kibic?
RJ:
Dla mnie prawdziwy kibic to o taki, który po porażce powie: "Słabo ci poszło, ale nie martw się będzie lepiej", a nie tylko jedzie po tobie, a jak jest dobrze, to milczy.  A takich niemiłych typków jest niestety cała masa, zwłaszcza w internecie.

- A jak ty patrzysz na tę walkę z Zaveckiem, po której doszło do tego twojego starcia z częścią internautów?
RJ:
Zaveck przyleciał jako gość, stoczyliśmy super wyrównana walkę, ja byłem mistrzem, więc wygrałem na punkty. Każdy, kto oglądał trochę boksu, wie, że jest takie niepisane prawo, że mistrza trzeba pokonać wyraźnie, żeby odebrać mu pas. W imię czego niby Zaveck miałby zostać mistrzem? Bo się ładniej uśmiecha, bo jest miły?

- Dziś sytuacja będzie odwrotna, to Zaveck jest mistrzem, a walka jest u niego na Słowenii. Nie będziesz miał pretensji, jak po wyrównanym pojedynku przegrasz na punkty?
RJ:
Nie, bo to będzie taka sama sytuacja, jak w naszej pierwszej walce w Katowicach. Zdaję sobie sprawę, że muszę wygrać zdecydowanie albo go znokautować, żeby do domu wrócić z pasem.

- Masz dwójkę dzieci - syna Jacka i córeczkę Maję. Interesują się tym co robisz? Oglądają twoje walki?
RJ:
Walk nie oglądają, bo w ringu mogą się zdarzyć różne nieprzyjemne rzeczy. To jest boks i nawet jak jesteś faworytem, możesz polec przez nokaut. Nie chciałbym, żeby moje dzieci patrzyły na mnie, jak leżę nieprzytomny na deskach. Poza tym ich niespecjalnie interesują moje walki.

- Ale sporty walki uprawiają. To był twój pomysł, prawda?
RJ:
Tak, chciałem, żeby coś robili, żeby nie siedzieli w domu przed komputerem i telewizorem, Jacek chodzi na karate, Maja na taekwondo, dzięki temu są cały czas w ruchu.

- Dziś wieczorem czeka cię walka o wszystko, pojedynek życia z Dejanem Zaveckiem. Jak się czujesz przed tą wielką próbą?
RJ:
Wiesz dobrze, że jak jest źle, to o tym mówię, tak samo jeśli jest bardzo dobrze. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że czuję się doskonale! Od kilku miesięcy żyję tą walką, motywuje mnie ona niesamowicie. Kładąc się spać, mam tę walkę w głowie, widzę, jak biję Zavecka, jak podnoszą moją rękę, jak wygrywam, jak stoję w ringu z pasem mistrza świata.

- Wygrasz?
RJ:
Jasne! Zaveck jest bardzo dobry, silny, ale z moim nastawieniem i przygotowaniem będę poza jego zasięgiem!

Rozmawiał: Michał Koper{jcomments on}