onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 



W piątek na gali w Montrealu po 8-rundowej walce były mistrz Europy Rafał Jackiewicz (46-14-2, 21 KO) przegrał jednogłośnie na punkty z Ionutem Dan Ionem (35-3, 18 KO). Poniżej przestawiamy opis pojedynku oraz jego okoliczności autorstwa samego pięściarza. Tekst jest fragmentem pisanej przez Jackiewicza autobiografii, która ma ukazać się w ciągu najbliższych miesięcy.

"Gorzej byc nie mogło. O walce dowiedziałem się na 6 dni przed galą. 6 kg nadwagi do zrzucenia przez 6 dni, bez formy na walkę, bo ostatnią stoczyłem 5 miesięcy wcześniej. Przez 5 dni zrobiłem więcej treningów niż przez ostatnie 5 miesięcy. Ionut Dan Ion to dobry zawodnik, na dodatek leworeczny, a nienawidzę walczyć z takimi. W Kanadzie gdzie jest inna strefa czasowa, w międzyczasie trzeba było zrobić badania do wyjazdu, zająć się moimi dziećmi, bo żona pracuje. We wtorek około północy budzi mnie ból zęba, nie do wytrzymania. Nie śpię już do rana, a o 6.00 idę pobiegać, bo bólu już nie idzie znieść. W środę przed wylotem wizyta u dentysty. Półtorej godziny wiercenia, leczenie kanałowe, ryj boli jak...

Czwartek, dzień przed walką. Wylot o 6.45 i w samolocie znowu łapie mnie straszny ból, ale tym razem szczęka puchnie i mało nie odpadnie. Nie mam przy sobie tabletek przeciwbólowychm a obsługa daje mi tylko dwie aspiryny. Naprawdę ciężko było wytrzymać, ale jakoś daję radę. Dolatujemy do Frankfurtu, gdzie trzeba czekać na lotnisku 6 godzin na następny samolot, którym lot na miejsce trwał ponad 8 godzin. Na miejscu trzeba było czekać ponad 3 godziny zanim ktoś nas odbierze, a to wszystko jednego dnia, gdzie byłem kompletnie bez siły. Głodny bo od soboty zjadłem ze dwa posiłki, odwodniony bo po przylocie jeszcze 1,5 kg do zbicia. Oczywiście cała droga na głodniaka, bez picia, no może troszku symbolicznie. W Kanadzie już późny wieczór, a w Polsce to już ranek. Czas kiedy człowiek zwykle przewraca się z boku na bok, a tu jedziemy - rozgrzewka, skakaneczka, walka z cieniem, tarczowanie z trenerem, bieg na bieżni przez kilkanaście minut i na deser sauna, aż w końcu krótka drzemka.

Za chwilę dzwoni budzik - kontrolna waga i co? Normalna sytuacja czyli jeszcze 0,5 kg za dużo, a za chwilę oficjalne ważenie. No to co? Stary numer z poprawczaka - wanna wrzątku po brzegi, dwa wejścia i leżakowanie. Oczywiście bez kropli wody do picia. Po paru minutach zimny prysznic i jest umówione 70,3 kg. Co dalej? Niespodzianka, bo się przedłuża moment ważenia. Człowiek podumiera, a tu każą papierki wypełniać. Ale w końcu staję na wadze i jest umówione 155 funtów. Ale to nie koniec niespodzianek, bo pierwszy raz walczę na gali kiedy waga i walka jest jednego dnia, a to już dla takiego co robi wagę jest dramat. Ale co tam, małe śniadanko na słodko, krótka drzemka, mały obiadzik i jedziemy do pracy. Wołają na dół, schodzimy i znowu czekanie w holu, samochodzie i znowu w holu kolejne półtorej godziny. Myślę, że gorzej już być nie może, i tu się mylę.

W szatni standard, czyli na dzień dobry puszczam bąka, przebieram się, bandażuję ręce, rozgrzewam się bo mam wejść do ringu około 19.50. No i telenoweli ciąg dalszy, do ringu wychodzę blisko północy, już po walce wieczoru. W Polsce jest 6.00 rano. W ciągu tych 4 godzin rozgrzewam się z dziesięć razy, stygnę, robię ze cztery krótkie drzemki, na tarczy to już chyba zrobiłem te 8 rund walki, a chodząc dookoła po szatni wydeptałem chyba ścieżkę jak w puszce na spacerniaku. Bandaże uciskają dłonie, trzeba delikatnie przeciąć, siki podchodzą do gardła, aż w końcu po trzech godzinach ściągam rękawice, bo nie wiadomo kiedy wychodzę do ringu i znowu idę spać. Nikt nie wie kto walczy następny.

Pilnują mnie, bo nie można nic jeść, ani pić nic innego jak wodę przed walką. Żadnego nawet owocu, energetyka, dosłownie nic. Przed północą budzi mnie krzyk, że wychodzimy jednak teraz my. Myślę sobie, że znowu żart, ale nie, więc szybko zakładamy rękawice, wiążemy, plastrujemy, mały wstrząs, trzy ciosy na ścianę i jedziemy. Walka przegrana na punkty, ale nie ma co się oszukiwać, bo chociaż nie dałem rady i robiłem co mogłem, to pojechałem tylko po pieniądze. Tylko one tam się zgadzały, a wtedy akurat bardzo byłem w potrzebie. No ale to jednak za mało bo na koniec jak się ogarniałem po walce, to w szatni jakiś h** zaj***l mi telefon, gdzie miałem wszystkie kontakty, a co najważniejsze zdjęcia i filmiki z moimi dzieciaczkami. Tego już było za dużo, wkur***em się i zjadłem ciastko.

Teraz do banku, zrealizować czek za walkę, w samolot i wracam do mojej kochanej rodzinki. To jest najlepsza rzecz na świecie - być razem z nimi. Ale co się znowu okazuje?Ano nikt z organizatorów nie odbiera telefonu, nie odpowiada na maila, smsa i ma nas w dupie. Pokój hotelowy trzeba zwolnić i karty do pokoju już są nieaktywne, a my nie wiemy co mamy robić bo cisza. A jeszcze przed chwilą dowiedziałem się, że czek który podobno miałem zrealizować już na drugi dzień, będzie do zrealizowania dopiero po trzech dniach, a w Polsce trzeba będzie na to czekać około miesiąca. To tak na do widzenia dostaliśmy jeszcze prezent w postaci informacji, że organizator nie zapewnia podwózki na lotnisko. Dowiedzieliśmy się o tym na 4 godziny przed odlotem. Piknie, bo teraz sami musimy kombinować pojazd, żeby zdążyć na samolot, a pieniądze za walkę będą za miesiąc. Jedyne pozytywy tej wycieczki to dolary za 30 minut spędzone w ringu i ciężka podróż na które normalny człowiek musi harować średnio przez około 2 lata, i to, że jak wylądowałem w Polsce, od razu miałem do odebrania bagaż."