Patronat medialny


 



Kulej

Przed niespełna rokiem w Międzyzdrojach, w przeddzień bokserskiej gali, po dniu spędzonym na plaży Jurek zaprosił kilkoro przyjaciół do swojego pokoju hotelowego. Rozmawialiśmy przy lampce wina, jakże by inaczej, o boksie. O aktualnej sytuacji, o wydarzeniach lat minionych, o dniach chwały polskiego pięściarstwa. Jurek to duszą towarzystwa, był nie tylko świetnym bokserem, ale i niezrównanym gawędziarzem. Swoje opowieści popierał demonstrując poszczególne akcje techniczne. Czynił to z taką swobodą jakby miał 30, a nie ponad 70 lat. Wydawało się, iż będąc wciąż człowiekiem bardzo sprawnym, niesamowicie energicznym, ma przed sobą wiele lat życia. Niestety, stało się inaczej, co jeszcze teraz wydaje się nieprawdopodobne; Jurek, człowiek, który nie uległ przed czasem żadnemu ringowemu rywalowi, przegrał walkę najważniejszą, o życie. Zdecydowanie - przed czasem. Żegnaj Przyjacielu, na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci.

Poniższy tekst zamieściłem w październiku 2010 r - na 70. Mistrza Jerzego. Zaledwie kilka epizodów z Jego życia, ale mówiących o odwadze, poświęceniu, sile charakteru wielkiego pięściarza.

Jerzy Kulej, pięściarz-legenda

Czerwcowym porankiem czarny mercedes mknął szosą prowadzącą z Ciechocinka z zawrotną na owe czasy i polskie drogi lat 60. szybkością. Nagle, niespodziewanie z bocznej drogi wyjechała na rowerze nie więcej niż dziesięcioletnia dziewczynka. Kierowca mercedesa w ułamku sekundy podjął decyzję; błyskawicznym ruchem kierownicy ominął dzieciaka, skręcił gwałtownie na pobocze, zjechał w pole, z całym impetem wpadł na drzewo. Za kierownicą siedział bokserski mistrz olimpijski z Tokio. Na tylnym siedzeniu drzemał drugi mistrz pięści, postrach olbrzymów wagi ciężkiej - niewielki jak na królewską kategorię, Lucjan Trela. Życie dziewczynki było uratowane! Pasażer mercedesa odniósł niewielkie obrażenia, natomiast stan kierowcy był tragiczny. Twarz jak po eksplozji granatu: odłamki szkła powbijały się w policzki, brodę, nos był prawie zupełnie odcięty. Rozbita szczęka, wybite zęby. Jedna krwawa rana. Ocalały zabezpieczone słonecznymi okularami oczy. Karetka na sygnale zabrała sportowca do ciechocińskiego szpitala. W jednej chwili prysły marzenia o drugim występie na igrzyskach olimpijskich i szansie na kolejny medal - w Mexico City.

Minął szok powypadkowy, rany goiły się nadzwyczaj szybko i Kulej postanowił, iż nie odpuści. Napisał list do ówczesnego prezesa PKOl z prośbą o zezwolenie na udział w zgrupowaniach kadry narodowej - na własny koszt. Decyzja była przychylna i wkrótce Jerzy znalazł się wśród kolegów - na spływie kajakowym. Następnym etapem przygotowań do meksykańskich igrzysk było zgrupowanie w Zakopanem. Ciężka harówka w górach, w nogach dziesiątki przebiegniętych kilometrów. Ale, choć na krótko - dla odreagowania - szkoleniowcy zezwalali na nieco rozrywki. 

*

Właśnie wracali z dancingu, gdzie spędzili kilka miłych godzin, gdy dobiegły ich słowne zaczepki kilku podchmielonych mężczyzn. Starali się zbagatelizować awanturników, ale ci nie dawali za wygraną. W końcu, kiedy napastnicy stali się zbyt natarczywi, a obelgi pod adresem jednego z pięściarzy przekroczyły dopuszczalne granice, postanowili dać im odprawę - po boksersku. Kilka akcji reprezentacyjnych pięściarzy musiało przynieść oczekiwany skutek; paru miejscowych osiłków leżało rozkrzyżowanych na ziemi, pozostali wybrali najbezpieczniejsze rozwiązanie - ucieczkę. A jeden z nich - wyjątkowo mało ambitny - wybrał drogę w kierunku komisariatu milicji, głośno wzywając pomocy!

I wsparcie nadeszło; kilkunastu milicjantów wybiegło z pomieszczenia i otoczyło Kuleja; bili pięściami, skórzanymi pasami, kopali, celując w najbardziej wrażliwe miejsca. Bronił się unikami, balansem ciała, kontrami. Sytuacja była dramatyczna; podjął błyskawiczną decyzję, aby przedrzeć się przez kordon, wskoczyć do komisariatu. Tam, w ciasnym korytarzu trudniej uderzać. W drzwiach otrzymał potworny cios pałką, wyrwał ją milicjantowi, oszalały z bólu bił na oślep. Ciężko znokautował kilku funkcjonariuszy, jednemu wyszarpnął pistolet, odbezpieczył. Wyciągnął z kieszeni milicyjną legitymację (jako pięściarz milicyjnej Gwardii był na etacie funkcjonariusza MO), rzucił na stół wraz ze zdobytą bronią. Niezatrzymywany wyszedł z posterunku. Wyglądał przerażająco; rany ponownie się otworzyły, ucho wisiało na ostatnim naskórku...

Sprawę udało się wyjaśnić dopiero w Warszawie, w ministerstwie. Nie było łatwo; kilku milicjantów musiało się poddać leczeniu szpitalnemu, gdzie trafili z podejrzeniami wstrząsu mózgu i wieloma obrażeniami. O winie poturbowanych funkcjonariuszy przesądziło dopiero zeznanie okolicznego ciecia: - Widziałem jak się bili. Jeden taki mały krzyczał, że też jest milicjantem, ale go nie słuchali. Chyba ze dwudziestu milicjantów biło go pałami i pięściami. I choć był mały, to im się nie dawał. W końcu wciągnęli go na posterunek!

Jurek ponownie dołączył do drugiego etapu przygotowań w Zakopanem, ale z ciężkim bagażem; niemal nieustanny, potworny ból głowy, z trudem gojące się rany, posiniaczone, obolałe ciało. Były chwile zwątpienia, chęć porzucenia obozu, rezygnacji z olimpijskich marzeń. Na szczęście zwalczył obawy, wygrał pojedynek z samym sobą. O olimpijskiej, drugiej już nominacji, zadecydował Feliks Stamm, który jako jeden z nielicznych ani przez chwilę nie wątpił w medalowe szanse Jerzego.

*

Do boksu trafił z chęci odwetu nad silniejszym kolegą z klasy; Henio prześladował Jurka przy każdej okazji, z lubością znęcał się nad słabym, małym i niedożywionym chłopcem. Natchnieniem Kuleja stał się zauważony na wystawie częstochowskiej księgarni podręcznik boksu. Najpierw sam w skrytości uczył się bokserskiej postawy, ćwiczył uniki i zadawanie ciosów przed lustrem. W końcu, mimo wewnętrznych oporów, nieśmiałości i zwątpień, pojawił się w sekcji bokserskiej; z prawdziwym ringiem, workami treningowymi, gruszkami i ćwiczącymi pięściarzami.

Trenerem był Wincenty Szyiński. Świetny szkoleniowiec i wychowawca zajął się karierą zawziętego chłopaka z biednej częstochowskiej dzielnicy Ostatni Grosz. Nauka szybko przynosiła efekty, nadeszła więc pora na szkolny odwet. Okazja nadarzyła się, gdy znienawidzony Henio ustalał skład drużyny piłkarskiej. Dla Jurka oczywiście zabrakło miejsca. Gdy zaprotestował, większy i fizycznie silniejszy rywal rzucił się nań z pięściami, ale, o dziwo, chybiał. Jurek robił zwody, balansował ciałem i kontrował. Po kilku minutach buzia Henia coraz mniej przypominała butnego łobuza; najpierw przybrała wyraz zdziwienia, później wściekłości, wreszcie nieporadności. Zmieniała się i fizycznie; z każdym ciosem pojawiał się kolejny siniak, guz, krew ciurkiem ciekła z nosa, opuchlizna przysłoniła oczy. W jednej chwili klasowy kozak stał się nieporadnym ciurą. Satysfakcja Jurka nie miała granic. Długo upajał się spektakularnym zwycięstwem i awansem na najwyższą półkę szkolnych zawadiaków

*

Zaczął również odnosić sukcesy na prawdziwym ringu pięściarskim. W fachowym miesięczniku „Boks” ceniony dziennikarz, Jan Wojdyga, napisał:
Kiedy w kwietniu bieżącego roku wsiadłem w pociąg, udając się do Lublina na wiosenny turniej juniorów, nie przypuszczałem, że będę świadkiem narodzin wielkiego talentu pięściarskiego. W pierwszym dniu turnieju, po kilku bezbarwnych walkach, spiker monotonnym głosem zapowiedział:
- A teraz w wadze piórkowej spotkają się Kulej i Chmielewski. Lustrując bacznym wzrokiem pucołowate oblicze wchodzącego na ring częstochowianina, rzuciłem do siedzącego nieopodal eksmistrza Europy Henryka Kukiera złośliwą uwagę:
- Popatrz Heniu, przecież ten Kulej wyglądem bardziej przypomina grzecznego ministranta niż boksera. Czyżbyśmy znowu byli skazani na oglądanie nudnej walki?
- Pozory często mylą - usłyszałem odpowiedź. - Właśnie takie niewiniątko potrafi niekiedy zaskoczyć animuszem i energią.
Przyznam szczerze, że opinię puściłem mimo uszu.

I cóż się stało? Nieznany szerszemu ogółowi Jurek Kulej, którego w myślach ubrałem w biel ministranckiej komży, rozpoczął pojedynek w tak zawrotnym tempie, że zdębiałem. Moje osłupienie szybko przerodziło się w zachwyt. Duży repertuar uderzeń, szybkość przeprowadzanych akcji, wspaniała kondycja - wszystko imponujące! Zresztą nie tylko ja cieszyłem się z narodzin nowego pięściarskiego talentu. Z zachwytu piała publiczność. Henio Kukier też. Nawet surowi egzaminatorzy, trener Feliks Stamm i kapitan PZB Stanisław Cendrowski mieli wniebowzięte miny.
Kulej tak bardzo przypadł do gustu obu najbardziej wpływowym ludziom pięściarskiej centrali, że zdecydowali się powierzyć mu reprezentowanie barw narodowych w meczu Polska - Jugosławia.
Pierwszym rywalem Jurka był silny, doświadczony Vitić. Po pierwszej, przegranej przez zżartego tremą Polaka rundzie, w kolejnej Jugosłowianin dwukrotnie był liczony. Trzecie starcie było poprawką poprzedniej. Zwycięstwo niespełna osiemnastoletniego, a więc jeszcze juniora, bydgoska widownia uhonorowała spontanicznym „Sto lat”. Taki był początek międzynarodowej kariery wielkiego championa wagi lekkopółśredniej, Jerzego Kuleja.

*

Z dnia na dzień młody częstochowianin stał się człowiekiem niezwykle popularnym; ringowe sukcesy przeplatały się z dramatycznymi chwilami w życiu osobistym, rzadkie porażki między linami pięściarskiej areny krzyżowały się z realizacją ambitnych planów pozasportowych. Niesamowita harówka i hektolitry potu wylane na treningach owocowały najwyższym podium na światowych i europejskich ringach, znajdowały również ujście w świecie rozrywki, w towarzystwie warszawskiej cyganerii. Poznawał blaski i cienie życia wielkiego sportowca, zmagał się z problemami nieobcymi ludziom spoza atletycznej elity. Osiągnął w sporcie wszystko, co mógł osiągnąć sportowiec- amator w latach 60. Dwukrotnie - jako jedyny polski pięściarz - zdobył złoty medal olimpijski. Dwukrotnie stawał na najwyższym podium mistrzostw Europy, raz zajął drugie miejsce. Osiem razy zdobywał tytuł mistrza Polski. Stoczył 348 walk, z których przegrał zaledwie 25, a 6 zremisował. Nie przegrał żadnej walki przez nokaut. Więcej - nigdy nie był nawet liczony!

Życie osobiste Jerzego Kuleja również nie było pozbawione sukcesów; ukończył warszawską AWF, był posłem na Sejm IV kadencji, występował w filmach, m.in. „Przepraszam czy tu biją” Marka Piwowskiego. Ciągle realizuje się w sporcie; kiedyś jako trener, organizator pierwszej w powojennej historii gali boksu zawodowego. Obecnie komentator pięściarstwa w Polsacie oraz członek zarządu Polskiego Związku Bokserskiego i Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

We wtorek, 19 października, kierowany przez prezesa Jerzego Rybickiego, również mistrza olimpijskiego i reprezentanta warszawskiej Gwardii, zarząd PZB zorganizował w restauracji Grand Kredens spotkanie, którego głównym bohaterem był jubilat - Jerzy Kulej. Tego dnia legendarny pięściarz ukończył 70 lat.

Dobry Znak 20/2010, Krzysztof Kraśnicki {jcomments on}