Patronat medialny


 

Taką zapowiada Giennadij Gołowkin, a David Lemieux nie ma nic przeciwko. I wszystko wskazuje na to, że noc z soboty na niedzielę (polskiego czasu) w nowojorskiej Madison Square Garden będzie bardzo gorąca.

Nic dziwnego, że starcie tych dwóch killerów oczekiwane jest z takim zainteresowaniem. I trzeba się zgodzić z Gołowkinem, gdy mówi, że w tej walce sędziowie punktowi nie będą potrzebni.

Tyle, że Lemieux w takim samym stopniu jak Kazach jest przekonany, że to on będzie tym, który zada kończące uderzenie. Ale w tej walce, którą tak bardzo żyje bokserski świat, faworytem jest jednak Gołowkin. Był wybitnym amatorem, mistrzem świata i wicemistrzem olimpijskim, na zawodowych ringach jeszcze nie przegrał, a od czasu, gdy jego trenerem został Sanchez, sieje grozę. Po jego ciosach rywale padają jak muchy.

„GGG” znakomicie skraca ring, bije piekielnie mocno i precyzyjnie z obu rąk, a sam potrafi przyjąć solidną bombę i nawet się nie zachwiać. Na pewno jest lepszym pięściarzem od Lemieux, ale ten też wie, jak jednym uderzeniem kończyć walki, więc nigdy nie wiadomo. Mimo to, nie mam żadnych wątpliwości, kto będzie lepszy w nocy z soboty na niedzielę (polskiego czasu) w Nowym Jorku: Giennadij Gołowkin znokautuje Davida Lemieux i sądzę że nie będziemy na to długo czekać.

Jeśli Kanadyjczyk pójdzie na uliczną wojnę z Żenią, to padnie szybko, jeśli będzie ostrożniejszy i spróbuje boksować, to walka może potrwać dłużej. Ale oczywiście to są tylko teoretyczne rozważania, a w ringu i tak się zdarzy to, co się ma zdarzyć.

Pełna treść tekstu Janusza Pindery na Polsatsport.pl >> 

http://www.youtube.com/watch?v=40yesK-sHKs